No więc mam ideologiczny problem.
Drażni mnie moje własne ambiwalentne podejście w stosunku do
kultury popularnej i kultury wysokiej. O ile niepomiernie irytuje mnie snobizm
i ignorowanie literatury popularnej jako „tej gorszej”, tak sama ze sobą mam
nie do końca rozliczone, czy przypadkiem nie ma w tym wartościowaniu trochę
racji.
To, co niejednokrotnie pojawia się w kontekście różnic
jakościowych w dyskusjach o kulturze popularnej vs. wysokiej, to teza, że
kultura wysoka podważa zastane normy, podaje w wątpliwość systemy wartości i
prowokuje do spojrzenia z nowej perspektywy na problem albo wręcz
przewartościowania, podczas gdy jej brzydka siostra skłania się raczej ku
utrzymaniu status quo, a porządek społeczny
może naruszyć jedynie jednostka wybitna – heros, bohater, nadczłowiek*. To czy
konformizm w kulturze powinien być wartościowany negatywnie to temat na inną
dyskusję, to, że czasami wysokość kultury opiera się na czymś innym też
odkładamy.
Zajmijmy się X–menem na Kremlu.
W szczęśliwie nam panującej kulturze mass mediów twory
filmowe z łatwości przemieszczają się radośnie poza ramy Ameryki i docierają do
kin dzikiej Europy, Azji, Afryki etc. I zaczynają funkcjonować w innym
kontekście kulturowym. To co w Stanach będzie wpasowaniem się w obowiązujące
ramy dyskusji, w Rosji może mieć nieco inny charakter (ależ jesteśmy dziś
eufemistyczni). X–meni odczytani jako
film (między innymi) o prawach gejów w Stanach specjalnie na nikim wrażenia
kontrowersyjnością nie zrobi, w Rosji zaś może – nie jest to najbardziej
tęczowy kraj na mapie świata. (Jak ktoś przegapił lub nie pamięta – w czerwcu miłościwie
panujący wprowadził ustawę o zakazie promowania „nietradycyjnych relacji
seksualnych” (kocham to sformułowanie), co chyba odzwierciedla nastawienie
społeczeństwa, które ponoć w 88% popiera ustawę).
No ale czy w ogóle obowiązujące poza granicami danego kraju
normy powinny w ogóle być w tym kontekście istotne? Czy liczy się tylko
kwestionowanie norm własnej społeczności, bo w niej się żyje i jest się jej
częścią albo normy globalne? Umówmy się, jeśli kręci się w Hollywood
blockbuster można zakładać, że grono odbiorców nie ograniczy się do mieszkańców
naszego (w sensie ich) kontynentu. Z drugiej strony świat jest na tyle
różnorodny, że chyba trudno zrobić film, który w jakiejś społeczności norm by
nie naruszał, istnieje pytanie o siłę przebicia i wagę grupy – zakładamy, że
Rosja jest jednak istotna. Być może ważniejsze jest pytanie o konsekwencje –
niczego raczej nie ryzykujesz zza morza propagując tolerancję – tylko czy
podjęcie ryzyka przez autora może świadczyć o wartości dzieła? To by już
niepokojąco ciążyło ku biografizmowi.
*Eco w Supermanie w literaturze
masowej dręczy ten temat przy okazji inspiracji Hitlera powieściami Dumasa
. Swoją drogą to jeden z nielicznych badaczy, którego prace naukowe są przyjemniejsze
do czytania niż powieści.
