niedziela, 13 października 2013

Zmieniamy świat! …albo i nie? Czyli czy X–men na Kremlu to inny X–men?


No więc mam ideologiczny problem.





Drażni mnie moje własne ambiwalentne podejście w stosunku do kultury popularnej i kultury wysokiej. O ile niepomiernie irytuje mnie snobizm i ignorowanie literatury popularnej jako „tej gorszej”, tak sama ze sobą mam nie do końca rozliczone, czy przypadkiem nie ma w tym wartościowaniu trochę racji. 

To, co niejednokrotnie pojawia się w kontekście różnic jakościowych w dyskusjach o kulturze popularnej vs. wysokiej, to teza, że kultura wysoka podważa zastane normy, podaje w wątpliwość systemy wartości i prowokuje do spojrzenia z nowej perspektywy na problem albo wręcz przewartościowania, podczas gdy jej brzydka siostra skłania się raczej ku utrzymaniu status quo, a porządek społeczny może naruszyć jedynie jednostka wybitna – heros, bohater, nadczłowiek*. To czy konformizm w kulturze powinien być wartościowany negatywnie to temat na inną dyskusję, to, że czasami wysokość kultury opiera się na czymś innym też odkładamy. 

Zajmijmy się X–menem na Kremlu.



W szczęśliwie nam panującej kulturze mass mediów twory filmowe z łatwości przemieszczają się radośnie poza ramy Ameryki i docierają do kin dzikiej Europy, Azji, Afryki etc. I zaczynają funkcjonować w innym kontekście kulturowym. To co w Stanach będzie wpasowaniem się w obowiązujące ramy dyskusji, w Rosji może mieć nieco inny charakter (ależ jesteśmy dziś eufemistyczni). X–meni  odczytani jako film (między innymi) o prawach gejów w Stanach specjalnie na nikim wrażenia kontrowersyjnością nie zrobi, w Rosji zaś może – nie jest to najbardziej tęczowy kraj na mapie świata. (Jak ktoś przegapił  lub nie pamięta – w czerwcu miłościwie panujący wprowadził ustawę o zakazie promowania „nietradycyjnych relacji seksualnych” (kocham to sformułowanie), co chyba odzwierciedla nastawienie społeczeństwa, które ponoć w 88% popiera ustawę). 

No ale czy w ogóle obowiązujące poza granicami danego kraju normy powinny w ogóle być w tym kontekście istotne? Czy liczy się tylko kwestionowanie norm własnej społeczności, bo w niej się żyje i jest się jej częścią albo normy globalne? Umówmy się, jeśli kręci się w Hollywood blockbuster można zakładać, że grono odbiorców nie ograniczy się do mieszkańców naszego (w sensie ich) kontynentu. Z drugiej strony świat jest na tyle różnorodny, że chyba trudno zrobić film, który w jakiejś społeczności norm by nie naruszał, istnieje pytanie o siłę przebicia i wagę grupy – zakładamy, że Rosja jest jednak istotna. Być może ważniejsze jest pytanie o konsekwencje – niczego raczej nie ryzykujesz zza morza propagując tolerancję – tylko czy podjęcie ryzyka przez autora może świadczyć o wartości dzieła? To by już niepokojąco ciążyło ku biografizmowi.




*Eco w Supermanie w literaturze masowej dręczy ten temat przy okazji inspiracji Hitlera powieściami Dumasa . Swoją drogą to jeden z nielicznych badaczy, którego prace naukowe są przyjemniejsze do czytania niż powieści. 

Po namyśle – właściwie jedyny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz